To jeden z najczęstszych tematów, który pojawia się w rozmowach z klientami. Zmęczenie, frustracja, poczucie, że wszystko w domu jest na jednej osobie. Padają zdania o tym, że dzieci nie sprzątają po sobie, że partner nie widzi bałaganu, że trzeba ciągle przypominać, prosić albo poprawiać. I bardzo często za tym wszystkim stoi ogromne zmęczenie, a nie złość.
W takich sytuacjach łatwo dojść do wniosku, że problemem są ludzie. Że komuś się nie chce. Że ktoś nie dba. Że tylko jedna osoba ma w głowie porządek. Z mojej perspektywy bardzo rzadko jest to prawda. W większości domów problem nie leży w braku chęci, tylko w braku systemów, które byłyby zrozumiałe i możliwe do używania przez wszystkich domowników. Dzieci i dorośli funkcjonują w przestrzeni inaczej niż osoba, która najczęściej ją ogarnia. Nie widzą domu jako całości. Widzą swoje działania tu i teraz. Jeżeli system odkładania jest zbyt skomplikowany, wymaga wielu kroków albo tłumaczenia, po prostu nie będzie używany. To nie jest zła wola. To naturalna reakcja na zbyt wysoką barierę wejścia.
Bardzo często widzę domy, w których organizacja jest dopasowana do jednej osoby. Do tej, która najbardziej dba o porządek. Wszystko jest logiczne dla niej, ale zupełnie nieczytelne dla reszty. Dziecko nie wie, gdzie coś odłożyć. Partner nie pamięta, do której szuflady co trafia. W efekcie rzeczy są odkładane tam, gdzie najłatwiej. A potem pojawia się napięcie. Kiedy przyglądamy się temu od strony organizacji, wiele rzeczy zaczyna się układać. Jeżeli coś trzeba tłumaczyć kilka razy, to znaczy, że system nie jest intuicyjny. Jeżeli coś wymaga przypominania, to znaczy, że jest zbyt skomplikowane. Dobrze zaprojektowana przestrzeń prowadzi użytkownika sama. Nie wymaga instrukcji ani kontroli.
Dzieci szczególnie potrzebują prostych i widocznych rozwiązań. Jeżeli miejsce na zabawki jest za wysoko, za głęboko albo zbyt ogólne, dziecko nie będzie z niego korzystać. Nie dlatego, że nie chce, tylko dlatego, że jest to dla niego trudne. Organizacja dla dzieci musi być dopasowana do ich wzrostu, możliwości i sposobu myślenia. Wtedy odkładanie staje się naturalne. Z partnerami bywa podobnie. Bardzo często słyszę, że ktoś nie sprząta, bo nie widzi bałaganu. W praktyce często oznacza to, że nie rozumie systemu. Albo że system został stworzony bez jego udziału. Organizacja przestrzeni, która ma działać dla całej rodziny, nie może być jednostronna. Musi uwzględniać różne sposoby funkcjonowania.
Kiedy systemy są proste, logiczne i wspólne, bardzo wiele konfliktów znika samo. Odkładanie przestaje być tematem do rozmów. Porządek przestaje być czyimś obowiązkiem. Zaczyna być efektem dobrze ustawionej codzienności. To ogromna ulga dla osoby, która do tej pory brała wszystko na siebie.
Zmienia się też atmosfera w domu. Znika ciągłe napięcie i poczucie niesprawiedliwości. Pojawia się więcej spokoju i współpracy. Dom przestaje być polem walki o porządek, a zaczyna być przestrzenią, w której każdy ma swoje miejsce i swoje zasady.
To, co najważniejsze, to zrozumienie, że porządek w domu nie jest testem z dobrego wychowania ani z relacji. Jest efektem organizacji. Kiedy przestrzeń jest dobrze zaprojektowana, ludzie zaczynają z niej korzystać bez wysiłku. I bardzo często dopiero wtedy okazuje się, że problem nigdy nie był w dzieciach ani w partnerze. Problem był w tym, że dom nie dawał im szansy działać inaczej.
